Wywiad z Joe Kenda

Pamięta pan swoją pierwszą rozwiązaną sprawę?
Oczywiście. Prawdę mówiąc, niedawno realizowaliśmy odcinek do sezonu 4. pt. „Moja pierwsza sprawa”, o tym, jak rozpocząłem pracę w policji. Najpierw zajmowałem się włamaniami i dopiero później dostałem przydział do wydziału zabójstw, w którym zawsze chciałem pracować.

Nadarzyła się okazja i ją wykorzystałem. W policji powszechnie mnie nie lubiano, ponieważ jako jeden z pierwszych zatrudnionych w niej ludzi miałem dyplom uczelni wyższej. Nazywali mnie bardzo pogardliwie „studenciakiem”. W ciągu pięciu dni rozwiązałem sprawę, którą uznawali za nie do rozwiązania, i tak trafiłem do wydziału zabójstw. Znienawidzili mnie jeszcze bardziej, co bardzo mnie bawiło.

Rozwiązał pan aż 92% spraw, co jest imponującym wynikiem. Czy któraś z tych pozostałych 8% wciąż nie daje panu spokoju?
Tak, 92%. Średnia w całych Stanach Zjednoczonych wynosi od 50% do 60%, przekraczam ją więc o 30-40 punktów.

O tych pozostałych 8% wciąż myślę, każdego dnia. We wszystkich przypadkach znam sprawcę, tyle że nie potrafiłbym udowodnić tego w sądzie. Bardzo mnie to irytuje. Słowo daję, rozmyślam o tym codziennie.

Co przede wszystkim zadecydowało o pańskich sukcesach w śledztwach?
Nie jestem bystrzejszy, ale bardziej zdeterminowany. Nie odpuszczam. Na tym polega różnica. Dla mnie to nie tyle praca, ile misja. Robiłbym to nawet za darmo, gdyby żona nie przypominała mi, że mamy dwoje dzieci i muszę zarabiać na ich utrzymanie.

Kiedy zostałem szefem, starannie wybierałem każdego pracownika wydziału zabójstw. Każdemu mówiłem: „Nigdy nie chcę słyszeć, że jesteś głodny, zmęczony, że musisz się zobaczyć z żoną. Gdybym uważał, że potrzebujesz żony, załatwiłbym ci jakąś. To jest praca. Nie masz na nią ochoty? Zajmij się czymś innym, ale nie przychodź do mnie się użalać”.

Dzięki temu ludzie byli w stosunku do pracy i mnie osobiście absolutnie lojalni. Wiedzieli doskonale, jakie jest moje podejście i na czym sami stoją. Wszyscy to doceniają. Znają zasady.

Jak to się stało, że chciał pan tropić sprawców zabójstw?
Od małego mnie to interesowało. Kiedy miałem dziewięć lat, rodzice zabrali mnie do zoo w Pittsburghu. Dla dziecka to było duże przeżycie – pierwsza wizyta w zoo, byłem zachwycony.

Kiedy tam przyjechaliśmy, zobaczyłem wielki napis: „Za rogiem znajduje się najbardziej niebezpieczne zwierzę na ziemi”. Popędziłem tam z tłumem innych zwiedzających i zobaczyłem wielkie lustro, od podłogi do sufitu. Wszyscy w nie spoglądali i zastanawiali się, o co chodzi.

Było to dla mnie objawieniem. Bo rzeczywiście to ludzie są najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami na tej planecie.
Dlatego właśnie chciałem się zająć najpoważniejszymi przestępstwami, a więc zabójstwami. Nie ma gorszej zbrodni niż odebranie komuś życia.

Jak pan trafił do programu?
Przez czysty przypadek. Ktoś mnie zobaczył w telewizji, bo w tamtym okresie często uczestniczyłem w konferencjach prasowych transmitowanych na całe Stany Zjednoczone. Napisał do mnie list, który wyrzuciłem. Napisał ponownie, a ja zareagowałem identycznie. Przysłał mi więc trzeci list z uwagą: „Wiem, że wyrzuca je pan do kosza”, co mnie bardzo rozbawiło. Żona spytała, z czego się śmieję, więc jej powiedziałem, że pisze do mnie jakiś facet, który wmawia mi, że mógłbym występować w telewizji, ot, tak.

Moja irlandzka żona stwierdziła na to, że powinienem do niego zadzwonić. „Ani myślę” – odparłem. „Ależ owszem, zadzwonisz do niego”. I tak mnie męczyła przez trzy dni, aż w końcu skapitulowałem. No więc zadzwoniłem... Reszta, jak mówią, jest historią.

Jak w pana przypadku wygląda typowy dzień na planie filmowym?
Zwykle realizujemy dwa odcinki dziennie. Siedzę i przez cztery-pięć godzin opowiadam o sprawie, a potem to oczywiście bez końca montują, wybierając fragmenty, które im się podobają albo pasują do narracji. Wygląda to w ten sposób, że ktoś spisuje wszystko, co powiedziałem, i potem reżyser rekonstruowanych scen na podstawie tego przygotowuje scenariusz dla aktorów, którzy odgrywają role uczestników wydarzeń – tak, żeby wszystko trzymało się kupy, bo dopóki nie włączą kamery, nie wiem, co powiem. Najpierw więc robią ze mną wywiad, a dopiero potem rekonstrukcje, dzięki czemu moja opowieść współgra z nimi.

Nie kusiło pana, żeby wystąpić w rekonstruowanych scenach?
Nie, nigdy. Nie wtrącam się do tego. Choć, prawdę mówiąc, byłem kilka razy na planie – który znajduje się w Knoxville w Tennessee, jakieś 800 kilometrów od miejsca, gdzie mieszkam. Sporadycznie wraz z moją żoną Kathy pojawiam się tam, by uścisnąć dłoń wszystkim ludziom z ekipy.

Zdecydowanie natomiast nie chcę się angażować w ich pracę. Każdy robi to, co do niego należy. Ja mówię, co mam do powiedzenia, oni to sobie gdzieś spisują i na tym moje zadanie się kończy. Resztą zajmują się realizatorzy programu.

Ze wszystkimi ludźmi z telewizji udało mi się dojść do porozumienia. Wyjaśniłem im, jak to sobie wyobrażam. „Włączacie kamerę, ja mówię, a kiedy skończę, wychodzę. Bierzecie to, co opowiedziałem, i robicie z tym, co wam się podoba, ale nie będziecie mi sugerować, co mam mówić ani co mam robić”.

Nie zajmuję się robieniem telewizji. Zajmuję się morderstwami. Nie znam się na produkowaniu programów telewizyjnych – od tego są producenci, niech więc robią swoje. Ja się nie wtrącam.

Jak lubi pan spędzać wolny czas, kiedy nie występuje pan w programie?
Sporo podróżuję z żoną, co wcześniej było niemożliwe, bo ciągle mnie wzywano, ciągle pracowałem. Można by powiedzieć, że teraz przyszła kolej na nią. To chyba udany związek. Poznaliśmy się w liceum, spędziliśmy ze sobą całe życie. Teraz mamy okazję, żeby się poznać na nowo. Przez 25 lat nie widywaliśmy się za często, a teraz widzi mnie bez przerwy, co pewnie czasem ja irytuje. Głównie podróżujemy, oglądamy świat, poznajemy ludzi i dobrze się bawimy. Fajnie jest.

Łowca zbrodni

Kartoteka przestępstw

Zajrzyj do archiwum Crime & Investigation Networks i przestudiuj akta najsławniejszych morderców.

Więcej informacji

Paragraf 148 - kara śmierci

Poznaj nasłynniejsze polskie sprawy kryminalne, które zakończyły się wyrokiem kary śmierci!

WIĘCEJ INFORMACJI

Moje opętane dziecko

Więcej informacji